Salzkammergut Trophy 2018

Autostrada A1 w Austrii. Wracamy z Salzkammergut Trophy. Wyścigu, który znam już doskonale ale wcześniej nie próbowałem ekstremalnego dystansu A – 210km. Tym razem spróbowałem i nie udało się. Poddałem się na 120 kilometrze, po pokonaniu ponad 4000 metrów przewyższeń.

Mimo to wracam do Polski zadowolony. To miał być dla mnie najważniejszy wyścig sezonu i taki był, pomimo że nie dałem rady. Czy to wpływ atmosfery Bad Goisern i okolic, w których rozgrywają się zawody, świetnej organizacji i przyjaznych Austriaków? Czy może to wpływ świetnej ekipy, z którą spędziłem te kilka dni – Maćka, Siary i Piotrka z Kasią? A może te 120km – nieznanej mi wcześniej, technicznej trasy, pozwoliły zaspokoić wystarczająco kolarskie ambicje? Przynajmniej w tym roku, bo za rok ją ukończę.

Śniadanie

Pobudka o 3:00, śniadanie 3:15 nad ranem. Dzień wcześniej „ładując węgle” przesadziłem z makaronem przez co spałem źle i rano cały czas czuję się pełny, jem niewiele na śniadanie. To źle, bo olbrzymie ilości energii podczas maratonu dostarczane są właśnie doustnie.

Rano udaje mi się za to wykonać rozciąganie skupiając się głównie na plecach – zgodnie z instrukcjami Maćka.

Ustawiamy się w sektorze 10 przed startem, o 4:50. Dzień dopiero się rozpoczyna, ale jest wystarczająco jasno żeby jeździć na rowerze, a nawet oczekiwać na start bez ruchu. Zaskakująco ciepło jak na poranną porę – cienka koszulka XBOX Bike Team, a pod nią „potówka”, dają komfort termiczny. Pogoda zapowiada się zresztą idealna na ściganie; niewielkie zachmurzenie i zero opadów.

Start i jako jeden z 900 zawodników, równym tempem opuszczam starówkę Bad Goisern. Wokół sporo dopingujących osób wprowadza podniosły nastrój przez co kolejny raz tutaj mam wrażenie, że wzbijam się w powietrze. Kilka kilometrów dalej – pierwszy podjazd skutecznie zrzuca mnie na ziemię.

Jadę przez chwilę razem z kuzynem – Jankiem, który nie jeżdżąc dużo.. ukończy ten dystans na 300 miejscu – jako czwarty Polak. Czyli jednak kłamał, że nie jeździ dużo 🙂 Po kilkunastu minutach – rozgrzany pomknie pod górę i zobaczę go znowu dopiero kilkanaście godzin później na mecie (film poniżej).

Jadę swoje

Ja jadę mniej dynamicznie niż w poprzednich latach, startując na krótszym dystansie B-120km, chcę pokonać pierwszą górę  (1000 m przewyższeń), pozostawiając jak najwięcej energii na dalszą część dnia.

Cierpliwie wytrzymuję sporą liczbę wyprzedzających mnie osób. „Jadę swoje”, do momentu kiedy wyprzedza mnie… facet bez nogi. Po lewej stronie wycieniowana łydka, a prawej – wycieniowany karbon zakończony blokiem SPD. Rzut oka na moje nieco utuczone i nieogolone ale za to piękne, jędrne nogi i czuję jak wzbiera we mnie energia porównywalna z tą podczas startu. Przez jakiś czas nie daję się wyprzedzić nikomu, wyprzedzam zaraz za zawodnikiem z protezą, aż w jakimś zatłoczonym odcinku znika mi z oczu. Jego też już więcej nie zobaczyłem na trasie.

Krótki zjazd przed ostatnią częścią pierwszej góry przypomina, że tutejsze sypkie szutry zapewniają znacznie lepszą przyczepność kiedy pada deszcz. Podjeżdżam pod ostatni „ząbek” podjazdu – do miejsca gdzie znajduje się lądowisko dla helikoptera dla publiczności. Z satysfakcją stwierdzam, że udało mi się zrealizować plan – nie jestem zmęczony. Spokojnie udaje mi się zaatakować górę.

W tym momencie dopiero  – po przekalkulowaniu pozostałej liczby przewyższeń i czasu jaki mi na to pozostał – zaczynam wierzyć, że uda mi się ukończyć ten wyścig.

Zaczynamy długi zjazd do Bad Goisern, po drodze którego przejeżdżamy krótki techniczny odcinek przez las i spektakularny przejazd przez tunel w skale, widoczny na wielu plakatach. Ta część trasy pokrywa się z dystansem B-120km, więc jest mi doskonale znana. Będę ją zresztą jechał dziś jeszcze raz.

What have you done?

Prosty stromy odcinek zjazdu i nagle słyszę zaraz za mną oponę ślizgając się po szutrze. Instynktownie puszczam hamulce chcąc uciec do przodu ale było już za późno. Pod lewą ręką pojawia się jakaś głowa, rowery się krzyżują i dalej nie wiem precyzyjnie co się wydarzyło. Na pewno przeleciałem przez kierownicę i jakoś szczęśliwie spadłem na ziemię, że nie poniosłem większych obrażeń. Do zatrzymania na szutrze posłużyło mi lewe ramię, podczas kiedy oba rowery przeleciały nade mną. Pamiętam tylko strach podczas tego zdarzenia, że zostanę rozjechany przez pędzących w dół pozostałych zawodników. Na szczęście wszyscy wymijają mnie ładnie – był to zresztą dosyć szeroki odcinek.

Leżę na placach, rowery splątane w moich nogach (dopiero wieczorem zobaczę siniaki na udach), przerażony zawodnik za mną powtarza: „Are you OK?„. Zrzucam z siebie rowery i szybko uciekam na skraj ścieżki. Od razu cieszy mnie fakt, że mogę się poruszać pomimo bólu lewego barku pulsującej rany w ramieniu. Zszokowany nie jestem w stanie złożyć zdania po angielsku do wyglądającego bardzo młodo zawodnika (jak się potem okazuje – Czech z kategorii M20). Na usta ciśnie mi się tylko mało międzynarodowe „pojebało cię?!” W końcu krzyczę niczym wyczytując z podręcznika wyd. Oxford: „What have you done?!„. W odpowiedzi przeprosiny i pytania czy wszystko OK, patrząc na moją rękę – natychmiast złość do gówniarza mija. W końcu nie zrobił tego specjalnie, też jest trochę porysowany na kolanach.

Oglądam rękę – poszarpana skóra i kapiąca krew nie wyglądają dobrze, jak się jednak potem okazuje przyciąga skutecznie obiektywy mijanych fotografów. Kilka lat wcześniej podczas wywrotki pierwszego dnia urlopu w Istebnej nauczyłem się, że takie rany słabo się goją – i bynajmniej nie chcą zaschnąć na słońcu. Postanawiam więc skorzystać z pomocy ratowników na końcu zjazdu. Ból w barku daje się jednak we znaki, ale dzięki opowieściom Marcina – Siary dnia poprzedniego wiem jak upewnić się, że obojczyk jest cały.

Bez Garmina nie ma Stravy, a bez Stravy…

Podnoszę rower i tu kolejne zaskoczenie – wszystko wydaje się być w porządku, poza potarganymi chwytami na kierownicy. Czech podaje mi Garmina, który odskoczył gdzieś na bok . Niestety uchwyt jest oderwany i nie jestem w stanie go przymocować. To na krótką chwilę przywraca złość. Wpadam na pomysł odklejenia z ramy jednego z żeli energetycznych, a pozyskaną w ten sposób taśmę izolacyjną użyć do przymocowania komputera na miejsce. Duma z wyczynu wartego MacGyvera poprawia nastrój.

Zanim wsiądę na rower odwracam się żeby odczytać numer startowy  Czecha, ale nazwisko okazuje się łatwiejsze do zapamiętania: Tomasz Smutny. Ku zdumieniu Pana Smutnego wybucham śmiechem i jadę dalej.

Po upadku głowa nie pozwala jechać jak wcześniej. Każdy zakręt wydaje się straszny. Niepewność powoduje że nawet jadąc wolniej ryzyko upadku jest znacznie większe. Ramię boli przy większych kamieniach. Do tego gdy patrzę na przepasany czerwoną folią komputerek Garmina i dopada mnie myśl – „Co ja zrobię? Przecież on jest mi potrzebny…” Na szczęście błyskawicznie nasuwa mi się; „Pieprzyć to – w końcu kupię sobie nowy model!” i to skutecznie poprawia nastrój.

Zjazd przez kamienistą ścieżkę pomaga mi się znowu „rozjeździć”. Kiedy się zbierałem po upadku sporo osób mnie wyprzedziło i teraz jadę w komfortowych warunkach bez żadnego ścisku.

Niestety kończąc podjazd słyszę odjeżdżającą karetkę na sygnale i faktycznie – na dole nie ma ratowników. Co prawda krew już nie kapie z rany ale raczej nie zaschnie w takich warunkach – a przede mną jeszcze kilkanaście godzin.

Dopiero pod koniec przejazdu przez Bad Goisern odnajduję czerwony mikrobusik i panowie opatrują mi ranę. Robią to w żółwim tempie. Najpierw zakładając rękawiczki, potem oglądając przez dziurę w koszulce bark, potem ramię. Oczyszczają wszystko i szukają w dwóch walizkach jakiegoś opatrunku przypominającego folię, który przykładają do rany i obwiązują bandażem.

Ruszam dalej – niestety sporo „ostygłem” i na początku źle mi się jedzie ale z każdym kilometrem jest lepiej.

Ręka – nawet w opatrunku – nie przestaje być atrakcyjna dla fotoreporterów co oczywiście bardzo mi się podoba…

Odżywianie to podstawa

Na 60 kilometrze pierwszy raz zatrzymuję się bufecie. Wcześniej wystarczały żele i banany „w biegu” oraz izotonik w bidonach. Jedną z rad jaką zapamiętałem od kolegów było, aby w porze obiadu zatrzymać się na nieco dłużej i zjeść trochę więcej „normalnego” jedzenia – kanapek, suchych ciastek. Tak też robię choć pora obiadu jeszcze nie nadeszła – ale postanawiam, że będzie to lekkie drugie śniadanie.

Mijam limit czasu na 80km z godzinnym zapasem.

Słońce jest coraz wyżej i na podjeździe częściej popijam napój z bidonów. Pomimo małych łyków dopada mnie wrażenie pełnego żołądka, utrudnia to jazdę. Zatrzymuję się na bufecie żeby trochę odsapnąć i orzeźwić się arbuzem. Spotykam Siarę – to poprawia mi nastrój i kawałek jedziemy razem. Wierzę jeszcze, że dam radę ukończyć maraton 😉

Kolejny kamienisty zjazd uzmysławia mi dwie rzeczy.
Po pierwsze rację mieli Ci, którzy mówili że charakter trasy 210 jest inny od tej 120km. Te dodatkowe 90km to zamiast długich, szutrowych serpentyn – techniczne choć nie bardzo trudne – ale męczące zjazdy.
Po drugie zaczynam się obawiać, że z brzuchem coś nie tak – bo podczas kamienistego zjazdu na którym mnie wytrząsało – boli i jestem pewien, że to nie ból mięśni.

Kolejny podjazd na którym znajduje się punkt kontroli czasu na ok. 120km trasy. Jeśli nie będę tam o 14:45 to nie pojadę dalej. Mam jednak sporo zapasu, jestem spokojny.

Niestety ból który odezwał się podczas zjazdu wraca coraz bardziej na podjeździe – pomimo, że nachylenie nie jest duże. Poznaję ten odcinek – treningowo przejechaliśmy go z chłopakami 2 lata temu dzień przed startem. Kiedy staram się zaczerpnąć więcej powietrza – brzuch boli. Schodzę  roweru i staram się odpocząć, idę kawałek piesza pomimo że podjazd nie jest stromy. To ni nie daje – nie mogę schylić się dokręcić buta przez ból brzucha.

Wkurzam się

Wszystko szło tak dobrze. Piękna pogoda, pomimo groźnie wyglądającego upadku udało mi się wyzbierać, nie mam problemu z punktami kontrolnymi. Duży zapas mocy.

Zaraz przede mną trasa, którą znam. Długi płaski odcinek który uwielbiam bo zawsze wyprzedzam sporo osób, a jednocześnie regeneruję mięśnie równą pracą. Potem „killer” – podjazd do kopalni. Planowałem nawet podejść tą ścianę więcej niż zwykle, po to żeby mocniej zaatakować kolejną górę na której kryzys dopada wiele osób. Potem już tylko ostatnia góra, którą można pokonać „głową” – jeśli tylko są żele i woda.

Taki był plan. A rzeczywistość to bolący brzuch, który przeszkadza w pokonaniu jednego z łatwiejszych podjazdów na trasie. Czuję jak tracę czas – zastanawiam się czy zdążę na punkt kontrolny na 14:45, a z drugiej strony przychodzi mi do głowy, że nawet gdybym nie zdążył to może tam zrezygnuję bo łatwo będzie stamtąd wrócić do domu…

Besztam się za tą myśl – przecież nie mogę zrezygnować z powodu „jakiegoś tam brzucha”. Miesiąc temu odpuściłem trzeci etap Beskidy Trophy bo skarżyłem się na plecy, a teraz „wymyśliłem sobie brzuch” Nigdy!

Przypominam sobie książkę Mai Włoszczowskiej  – fragment w którym opisuje, że trzeba walczyć zawsze do końca.

I want to go home

Próbuję zaatakować ten prosty podjazd, skupić myśli na czymś innym.. Boli przy każdym wdechu i mocniejszym naciśnięciu na pedały. Z każdym metrem coraz mniej wierzę, że to minie. Od jakiegoś czasu nie dotykam żeli w kieszonce koszulki, ani nawet bidonów. Logika podpowiada jednak, że w ten sposób bateria po prostu się wyczerpie… Powtarzany wielokrotnie wulgaryzm który pominę bo niewiele wnosi – nie pomaga w tej sytuacji, ani nawet rozładować złość.

W końcu dowlokłem się do punktu – kilka minut przed limitem. Podchodząc do pana organizatora który ma zaraz zamknąć trasę czuję strach podobny do tego, który czujesz podchodząc raz na kilka lat do konfesjonału. „I want to go home” – Pan Austriak odcina numer startowy, wskazuje drogę i zapewnia, że będzie tylko z górki.

„Thank you very much for great race. See you next year”.

Wstydząc się, że ktoś usłyszał, że na własne żądanie nie ukończyłem wyścigu – nie oglądam się za siebie tylko jadę w dół…

 

Zapis maratonu na Strava

Wjazd na metę na 300 miejscu kuzyna Jana Jodłowskiego

drukuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *