Salzkammergut Trophy 2019

To był mój 6 start w Salzkammergut Trophy i piąty na dystansie 120km.

O próbie ukończenia najdłuższego, legendarnego dystansu 210 rok temu, można poczytać tutaj.
W tym roku nie chciałem próbować po raz kolejny, za to moim celem było dojechać do mety na dystansie 120km i poprawić swój czas. To pierwsze się udało – właśnie wracam z koszulką finishera. To drugie zdecydowanie nie 🙂

Startowaliśmy w takim samym składzie jak rok wcześniej – Siara (Marcin Stryjeński-Syrzistie), Maciek Rączkiewicz, Piotr Pojawis i ja. To był mój pierwszy udział w „Salz” w tym samym teamie co Maciek i Piotrek – KSPO Dentalinea, do którego dołączyłem kilka miesięcy temu. Maciej przyjechał z Magdą, która bardzo chciała wystartować w jednym z krótkich dystansów – pomimo, że nigdy nie brała udziału w żadnych wyścigach rowerowych. Ostatecznie jednak zrezygnowała.

Apartament był usytuowany w nadbudówce kwiaciarni – między torami, a cmentarzem

Czwartek i piątek

Czwartek to komfortowa i szybka podróż na miejsce, o którą zadbał Siara (team Joy Ride).
Piątek jak zwykle upłynął na oglądaniu stoisk EXPO, przygotowywaniu rowerów, odbieraniu numerów startowych oraz jedzeniu pizzy i makaronów. Dodatkowo spędziliśmy trochę czasu szukając noclegów na przyszłoroczny przyjazd.
W tym roku rezerwację mieszkania zawdzięczaliśmy Siarze i Maćkowi, którzy przyjechali do Bad Goisern specjalnie w styczniu. Poprzez Internet nie można było już wtedy znaleźć żadnych dostępnych miejsc. Apartament był usytuowany w nadbudówce kwiaciarni – między torami, a…  cmentarzem. Jego największą zaletą była bliskość startu maratonu – zaledwie 500 metrów. Jest to szczególnie istotne dla osób startujących ma dystansie A – 210km, ponieważ ruszają już o 5 nad ranem.

W związku z tym, że wybrałem dystans który już kilkakrotnie ukończyłem – byłem w piątek spokojny i wyluzowany. Do tego atmosfera w miasteczku, zbliżający się wyścig i przede wszystkim świetni ludzie z którymi przyjechałem – powodowało, że już w przeddzień zawodów cieszyłem się z kolejnego wypadu na Salzkammergut Trophy.

Sobota

W sobotę rano nastrój mi się nagle pogorszył. Nie wiedzieć czemu pojawił się strach. Sprawne  przygotowania i ok. 8:40 czekaliśmy z Piotrkiem w drugim sektorze startowym. Maciek z Siarą byli wtedy już od 4 godzin w trasie. Od rana, a ściślej – od poprzedniego dnia – lało. Kwadrans przed startem na chwilę przestało padać. Część zawodników w sektorach zaczyna ściągać kurtki. Zupełnie bez sensu, bo po chwili musieli zakładać je w pośpiechu.

Trasa dystansu B-120km jest prosta. Najpierw duża góra, potem zjazd krętymi szutrami do miasteczka, przejeżdżając po drodze przez znany z plakatów fragment wykuty w skale. Kolejne 20km to płaski odcinek naokoło jeziora Halstatt, po którym „killer” – bardzo stromy wyjazd na górę w której jest kopalnia soli.
Potem krótki zjazd i wspinaczka na najwyższy szczyt na trasie. To odcinek, który zwykle najbardziej się dłuży. Powodem jest głównie to że… jest długi, a dodatkowo nogi są zmęczone podjazdem do kopalni. Zjazd zwykle daje orzeźwienie i pomaga przygotować się na wspinaczkę na ostatnią większą górę na trasie. Za wspomnianą górą już tylko kilkanaście kilometrów do mety – asfalt przeplatany z krótkimi łatwymi- technicznymi fragmentami.
Tyle w teorii która tkwi w głowie po kilku latach startów w tych zawodach.

W sobotę od razu po rozpoczęciu wyścigu starałem się na płaskim odcinku w Bad Goisern i stopniowo zwiększającym się nachyleniu terenu wyprzedzić jak najwięcej osób. Potem już tylko bronić pozycji i nie odpuszczać tempa innym zawodnikom.

Salz receptą na wszystko

Zazwyczaj po kilkunastu minutach, kiedy organizm wpada w rytm i przyzwyczaja się do wysiłku – jedzie mi się dobrze. Dlatego lubię takie długie podjazdy. Tym razem pokonywałem kolejne setki metrów w pionie, cały czas nie mogłem poczuć wspomnianego „rytmu”. Dodatkowo nie mogłem nabrać dużo powietrza, bo dostawałem ataków kaszlu. Przeziębienie męczyło mnie od kilku dni. Salz jest zwykle receptą na wszystko. Trzeba tylko przewentylować organizm na pierwszej górze. Tym razem kaszel i konieczność oczyszczania nosa dziesiątki razy przeszkadzał do końca. Z pewnością to też wpłynęło na ogólną wydolność organizmu.

Podczas pierwszych zjazdów przypominałem sobie jak składać się z rowerem żeby bezpiecznie i szybko je pokonywać. Przeszkadzał zbyt miękki amortyzator. Nie czułem dobrze szutrowej nawierzchni, a momentami miałem wręcz fałszywe wrażenie, że przednie koło ucieka na bok. Pomogło blokowanie na zjazdach amortyzatora do połowy.
Długi płaski odcinek naokoło jeziora pomógł złapać oddech, ale nie było mowy o doganianiu i wyprzedzaniu innych zawodników, które zwykle następuje w tym miejscu. Raczej walka o dotrzymanie kroku tym przede mną bez siły na nawiązanie walki. Przypominałem sobie przyjemność z jaką pokonuję zwykle ten odcinek i wiedziałem, że tym razem jest inaczej.

Zatrzymałem się na obowiązkowym bufecie w Obertraun, żeby uzupełnić izotonik i zjeść coś przed podjazdem do kopalni. Banan, arbuz, ciasto i kilka kawałków chleba ze smalcem. Obawiałem się przez chwilę, że zjadłem zbyt dużo ale ani przez chwilę nie czułem się przejedzony i dodatkowo miałem wrażenie, że rozgrzałem w ten sposób zmarznięty i przemoczony organizm.

Początek podjazdu do kopalni pokonałem równo, wyprzedzałem zatrzymujących się na zakrętach zawodników. Nie dojechałem jednak nawet do samej góry agrafek – a wyprowadzanie roweru na prostym stromym odcinku zmęczyło mnie mocno i dalsza jazda stała się ponownie mało przyjemna…
Im dalej i wyżej – tym zimniej, mniej przyjemnie, więcej wyprzedzających mnie zawodników i męczący kaszel. Garmin pokazywał 5-6 stopni, do tego cały czas padający deszcz o różnym nasileniu. Kiedy opad się nasilał – naturalnie oczyszczał okulary z błota. Niestety spłukiwał z głowy i czoła pot, który zalewał oczy powodując szczypanie. Najskuteczniejszy sposób jaki znam na ich oczyszczenie w trakcie wyścigu (szczególnie w trakcie zjazdów), to wielokrotne mocne zaciskanie powiek, powodujące jeszcze większy ból i łzawienie wypłukujące pot i przynoszące ulgę.

Przed słońcem schować się łatwiej niż przed zimnem

Przypomniałem sobie, kiedy kilka lat temu jechaliśmy ten odcinek razem ze Zbyszkiem Królem. Wtedy przeszkadzało palące słońce, przed którym chowaliśmy się w cieniach drzew i opróżnialiśmy szybciej bidony. Przed zimnem i deszczem nie było się gdzie schować. Nie pomagały też żele ani popijanie zimnego izotonika. Dojeżdżając na „młynku” (najlżejsze, ale najmniej efektywne przełożenie) do najwyższego punktu, zastanawiałem się czy nie zjechać z trasy na najbliższym punkcie kontrolnym. Zaraz jednak pojawiła się złość, że nie po to wybierałem znany, krótszy dystans – żeby teraz go nie ukończyć.

Ta złość pozwoliła mi zaatakować szczyt i wyprzedzić kilku zawodników w momencie kiedy poznałem końcówkę podjazdu. Udało się to zaskakująco łatwo choć kosztowało sporo energii i płaski odcinek przed bufetem dłużył się niemiłosiernie. Pokrzepił mnie też wyraz twarzy wyprzedzanych zawodników, który wyraźnie wskazywał, że nie tylko ja marznę.

Utwierdziłem się w tym przekonaniu wjeżdżając na bufet, kiedy zobaczyłem kolarzy pozawijanych w złote folie termiczne. Kusiło zagrzać się również w ten sposób, ale zamiast tego szybko zjadłem jak najwięcej (w moim menu królowały wafelki i chleb ze smalcem) i ruszyłem w dół oczekując z każdym kilometrem wyższej temperatury. Przemarznięty i przemoczony nie miałem siły balansować ciałem, ani mocniej ściskać palcami klamek hamulcowych. Toczyłem się więc w dół, znowu wyprzedzany przez kolejne osoby. To ostatnie mnie jednak już nie interesowało. Moim celem było tylko dojechać do mety. Bez względu na miejsce w stawce. Wziąć ciepły prysznic i zawinąć się w ciepłą kołdrę. Zjeżdżając myślałem też gdzie w pokoju jest koc, którym dodatkowo się owinę.

META – 35km

Mijając znak 35km do mety – wykrzyknąłem kilka razy „DOJADĘ! DOJADĘ! DOJADĘ!”. Nie wiem co bardziej pomogło – informacja i liczbie kilometrów, cel który głośno wypowiadałem czy wulgaryzmy które dodatkowo wykrzykiwałem. Tak czy inaczej  – pomogło 🙂 W tym momencie wyprzedził mnie jakiś Austriak i jego zdziwiona mina rozbawiła mnie, co dodatkowo poprawiło „morale”.

Ostatni podjazd był… mniej nieprzyjemny niż wcześniejsze. Nie to żebym nagle nawiązał walkę i obudził jakieś drzemiące moce. Po prostu wiedziałem że muszę to przejechać i jednocześnie przyzwyczaiłem się do słabej formy i warunków. Nieco wyższa temperatura w dolince obudziła nawet myślenie – wylałem zawartość jednego z bidonów, wiedząc że do najbliższego bufetu nie będzie mi potrzebny. Te 0,5 kg mniej wydawały mi się bardzo znaczące bo przez chwilę podjeżdżałem znacznie lżej i szybciej. Przez chwilę.

Coca-Cola

W końcu zjazd do Gosau. Nie wiedziałem ile jeszcze dokładnie kilometrów do mety. Już dawno przestałem zawracać sobie głowę Garminem, wystarczało, że największe góry już pokonane. Mięśnie nóg pamiętają już drogę do mety. Na leśnym, raczej płaskim odcinku przed bufetem w Gosau zrównał się ze mną jakiś zawodnik i zaczął coś mówić nie zważając na moje tłumaczenie, że nie rozumiem. Nagle dotarło do mnie, że to język polski, a ten zawodnik to Marek Bakuła, którego poznałem rok wcześniej. Opowiedział coś o swoich problemach na trasie i… pojechał do przodu. To mi się nie spodobało, wyłączyłem wiec autopilota w nogach i puściłem się w pościg. Ostatni bufet na którym doświadczenie kazało się zatrzymać (relacja z mojego pierwszego startu w Salz w 2014), wypić kubek orzeźwiającej Coca Coli i dopiero polecieć dalej. Początkowo asfaltem w dół w kierunku jeziora Hallstatt. Czułem się jak obudzony z letargu. Na odcinku leśną ścieżką wyprzedziłem w końcu Marka. To był możliwie najmniej satysfakcjonujące  pokonanie na trasie kolegi – stał na poboczu i rozmawiał przez telefon…

Zająłem się więc kolejnymi zawodnikami. Te ostatnie kilkanaście kilometrów były prawdziwie przyjemnym odcinkiem tego wyścigu. Wyprzedziłem przynajmniej kilkunastu zawodników, choć nie wiem ilu z nich to były osoby z dystansu B. Kiedy podczas jazdy szosą obejrzałem się – zdałem sobie sprawę, że kilka osób siedzi mi na kole. Na to zareagował jeden z nich – wyprzedził mnie pokazując, że to tylko zmiana. Jak tylko zjechaliśmy z asfaltu na ścieżkę zwolnił jednak na tyle, ze musiałem wyprzedzić go znowu. Na pierwszym podjeździe zamiast zmieniać bieg stanąłem na pedałach żeby naciskać mocniej. W końcu musiałem zmienić bieg i odwróciłem się żeby sprawdzić czy ktoś z grupki za mną nie zamierza zrobić „ucieczki”. Okazało się, że za mną…  nikogo nie ma.

Jakoś tak natychmiast zniknęło zmęczenie. Za to mięśnie na twarzy ułożyły się jakby na skutek jakiegoś kurczu mimowolnie w uśmiech. Cieszyło mnie, kiedy pokonywałem  ostatnie kilometry doskonale znanej trasy. Cieszyło mnie wyprzedzanie ostatnich zawodników którzy oddzielali mnie od mety. Cieszyło kiedy wjeżdżałem na nią rozpędzony, pedałując na stojąco. W tym momencie nie liczyło się, że nigdy nie zajęła mi ona tak wiele czasu.

Kreska

Zaraz za „kreską”, przystanąłem tylko na moment, po czym podreptałem w stronę apartamentu przy cmentarzu – przeczuwając, że ta niespodziewana energia zaraz się skończy.
Kiedy już dotarłem do mieszkania, jak tylko odstawiłem rower i zdjąłem buty wszedłem w ubraniu pod gorący prysznic i po spłukaniu z błota ściągałem kolejne warstwy ubrania. Rozgrzany gorącą wodą, szybko się ubrałem i schowałem się prosto pod kołdrę (koca nie chciało mi się szukać). Leżałem tak 3 godziny.

Adrenalina nie pozwalała zasnąć, ale musiałem poleżeć w ciepłym miękkim łóżku. Dreszcze i powracające uczucie zimna nie wróżyły nic dobrego ale kawa przygotowana przez Maćka (który ukończył 210km i nie wyglądał zupełnie na zmęczonego…) postawiła mnie trochę na nogi. Na tyle, że ubrałem na siebie wszystko co miałem w torbie i poszedłem ze wszystkimi na pizzę skuszony miłym towarzystwem i stałym ciepłym pokarmem w postaci pizzy. Nie chciałem nawet myśleć o zimnym piwie, ale odkryłem w menu herbatę z rumem, która okazała się strzałem w dziesiątkę i kilka filiżanek przywróciło mnie do żywych.

To był najmniej przyjemny Salz w jakim brałem udział. Udało się ukończyć, a w bagażu poza zakupionymi koszulkami dla dzieci wiozę T-shirt finishera. Poza satysfakcją ten wyścig jak każdy sporo mnie nauczył. Do zobaczenia na kolejnych maratonach w tym sezonie.

Poza wspomnianym Maćkiem, który ukończył dystans A na rewelacyjnym 71 miejscu w OPEN, Piotrek również ukończył maraton, przyjeżdżając na metę trochę później z powodu defektu korby na trasie. Niestety Siara nie zmieścił się na jednym z limitów czasowych. Spośród 526 osób które w tym roku wystartowały na tym (ekstremalnym) dystansie – nie udało się dojechać do mety aż 40%.

Nikt z nas nie ma nawet wątpliwości co do tego, że 18 lipca 2020 podejmie wyzwanie ponownie. Niektórzy tylko nie są pewni co do dystansu…

Trochę statystyk

2019 2018 (A) 2017 2016 2015 2014
Czas 7:42:09 DNF 7:42:09 7:49:52 8:01:02 8:21:22
Open 431 DNF 309 414 422 460
M30 122 DNF 104 145 157
Prędkość śr. 14,6 km/h 13,2 km/h 16 km/h 15,8 km/h 15,3 km/h 15 km/h
Prędkość max 64,4 km/h 59,8 km/h 73,4 km/h 90 km/h 63,7 km/h 65,2 km/h
Tętno śr. 131 bpm 126 bpm 137 bpm 135 bpm 135 bpm 148 bpm
Tętno max 160 bpm 155 bpm 161 bpm 158 bpm 166 bpm 171 bpm
Temperatura 5 17 10 16 23 12

Odnośniki

drukuj

One thought on “Salzkammergut Trophy 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *