Salzkammergut Trophy 2014

Poniższy tekst jest relacją z mojego pierwszego startu na Salzkammegut Trophy – w roku 2014.
Początkowo opublikowany w ramach serwisu rowerowanie.pl.

Start

Pomysł wyjazdu na maraton MTB poza granice Polski pojawił się rok wcześniej, słuchając relacji ze startu w Salzkammergut Trophy podczas jazdy samochodem na jeden z maratonów w cyklu MTBMarathon. Potem poszukiwanie w sieci innych relacji, oglądanie filmów na YouTube i zapada decyzja – wyprawa na ściganie w Alpach będzie moim głównym punktem w kalendarzu maratonów 2014.

Nie mogę się zdecydować jaki dystans wybrać, do wyboru jest 7 dystansów.

  • A – 211,3 km – 7049 m przewyższeń, z limitem 750 zawodników
  • B – 119,5 km – 3848 m – limit 1300
  • C – 76,0 km – 2446 m – limit 600
  • D – 60,4 km – 2074 m – limit 400
  • E – 53,5 km – 1473 m – limit 1300
  • F – 37,9 km – 1114 m – limit 400
  • G – 22,1 km – 688 m – limit 300

Decyzja

Najbliższy dystansom MEGA, w których startowałem do tej pory (zaledwie od 1,5 roku) jest E – 53km, ale kuszą te dłuższe – skoro już jechać na miejsce 750km… Zadaję pytanie na forum (od końca lipca 2014 link nie działa – rw.) i pojawia się sugestia żeby startować na dystansie 120km:

Spędzisz na niej z 8h, zobaczysz wszystko, co najlepsze

Początkowo nie traktuję tego serio – w końcu do tej pory obawiałem się startów w GIGA – których dystans to czasami tylko połowa z dystansu B! Myśl o przejechaniu 120 km w Alpach i pokonaniu 4 km w pionie nie chce jednak wyjść z mojej głowy i stopniowo przeradza się z żartu z wyzwanie.

Planujemy wyjazd wraz z Robertem, z którym dojeżdżamy z Krakowa często na ściganie w Beskidach i Karkonoszach, cały czas nie jesteśmy przekonani do dystansu 120km. Przekonuję do wyjazdu Pawła. Przeglądając stronę internetową maratonu, przechodzimy do formularza rejestracyjnego; Paweł wypełnia poszczególne pola, bez słowa wybiera dystans 120km, wysyła zgłoszenie i robi mi miejsce przy klawiaturze. W tym momencie nie ma już odwrotu – kilkanaście sekund i jestem zarejestrowany na maraton w obcym kraju, na dystansie i o przewyższeniach, których nie wyobrażam sobie pokonać. Muszę dodać, że to właśnie Paweł kilkanaście miesięcy wcześniej przekonał mnie do startu w moim pierwszym maratonie MTB w Korbielowie.

Przygotowania

Oprócz Roberta i Pawła do pomysłu przyłącza się również Zbyszek – znajomy Roberta z teamu. Wszyscy startujemy na tym samym dystansie. Tworzymy Wydarzenie na FB i próbujemy zebrać większa grupę – bezskutecznie.

Pomimo, że do maratonu jest jeszcze ponad pół roku – miejsc noclegowych jest bardzo niewiele, dlatego już na początku grudnia rezerwujemy nocleg. Planuję, że pozostały czas porządnie przepracuję poprawiając formę – najpierw treningi Spinning, a jak tylko dzień będzie dłuższy – regularne treningi na świeżym powietrzu, na prawdziwym rowerze.

Niewiele z tych planów udaje mi się zrealizować :). Nie więcej niż kilkanaście godzin Spinning przez kilka miesięcy, na rowerze dystans zbliżony do tego, co przejeździłem na maratonach od początku sezonu.

Dopiero kilka tygodni przed maratonem udaje mi się zmobilizować do regularnych treningów. Startuję też w podkrakowskich Myślenicach w ramach cyklu Bikemaraton na dłuższym dystansie niż zwykle – GIGA. To jednak cały czas połowa z dystansu, który czeka mnie już niebawem.

Wyjazd

Prognozy pogody są coraz mniej optymistyczne, dzień przed wyjazdem decyduję się nabyć porządną kurtkę przeciwdeszczową ENDURA. Jeszcze nie domyślam się, jak bardzo ten zakup uratuje mi skórę za 3 dni. Wyruszamy w czwartek rano, droga dłuży się i na miejscu – w miejscowości Obertraun kilkanaście kilometrów od startu maratonu – jesteśmy dopiero wieczorem.

Wspaniała okolica, potężne góry wokół jeziora Hallstatt – tylko te ciemne, zasłaniające je chmury, z których co chwilę pada deszcz. Krótki spacer po okolicy kończymy kolacją w sympatycznej knajpce. Jak tylko austriackie piwo pozwala zapomnieć o niesprzyjającej aurze, serdeczny właściciel knajpy pyta czy przyjechaliśmy na maraton i ostrzega, że na najwyżej położonych punktach trasy może padać śnieg.

Dzień przed

Piątek spędzamy załatwiając formalności przed startem – w Bad Goisern trwają ostatnie przygotowania. Towarzyszące maratonowi EXPO jest już pełne wystawców, a ceny ciuchów rowerowych czy okularów okazują się być w takiej samej cenie bądź niższe niż w Polsce.

Przed rejestracją obowiązkowa kontrola stanu technicznego roweru – drobiazgowa ankieta, w której oprócz marki, modelu a także numeru ramy roweru trzeba podać materiał i producentów poszczególnych komponentów jak napęd czy koła. Drugą część ankiety wypełnia serwisant po szybkiej, acz dokładnej kontroli hamulców, opon, piast, linek. Jak już rower wzbudzi jego zaufanie – podbija pieczątkę. Rejestracja ma miejsce w hali sportowej szkoły, do każdego z dystansów olbrzymia kolejka – ale wszystko sprawnie przebiega, po kilkunastu minutach wychodzę z numerem startowym, siatką reklamówek i kuponami na żele i batony energetyczne, koszulkę, masaż i zniżki do wielu wystawców na EXPO.

Pogoda jest dziś trochę lepsza niż w dzień przyjazdu. Jest cieplej, nie pada i często niebo się rozchmurza, dzięki czemu można podziwiać otaczające dolinkę góry. Niestety okazuje się, że niedające mi spokoju od kilkunastu dni przeziębienie przerodziło się w zapalenie zatok, powodując coraz większy ból głowy, osłabienie i rosnącą gorączkę. Staram się myśleć pozytywnie – „z pewnością do jutra ci przejdzie”, ale świadomość, że mogę nie wystartować z powodu choroby na tak długo wyczekiwanym maratonie nie pozwala mi w spokoju cieszyć się zbliżającym się wielkim dniem.

Wraz z numerem startowym dostajemy wydrukowane profile, które również planujemy przymocować do kierownicy. Na każdym z wykresów wyraźnie zaznaczone są kilometry, bufety i punkty kontrolne. Właśnie tego ostatniego obawiam się najbardziej. Wiem, że będę musiał rozłożyć siły na długi dystans.

Spodziewam się pokonać pierwszą górę, tj. pojawić się na 38 kilometrze w 4 godziny. Czy jednak uda mi się przejechać kolejne 50km przed godz. 18:00? Pokonując największy szczyt (1500m) z wyraźnie bardzo stromą pierwszą częścią? Coraz gorsze samopoczucie powoduje, że najbardziej obawiam się pierwszej góry – spodziewam się, że na jej szczycie (1300m) – po 10km wspinaczki będę wiedział, jakie mam szanse na ukończenie wyścigu.

Dzień startu

Pobudka o godzinie 6:00, szybkie śniadanie i ostatnie przygotowania do wyjazdu na start. Od rana leje. W nocy też padało. Wiem, bo budziły mnie dreszcze. Świetnie.

Dojeżdżamy do Bad Goisern zadziwiająco sprawnie – nie ma większego ruchu. Patrząc na szybki ruch wycieraczek wspominamy rozmowy z poprzedniego dnia jadąc tą trasą – „słońce wychodzi! Żeby tylko jutro była taka pogoda!” Nie była.

Start jest o godz. 9:00. Parkujemy za kwadrans ósma w Bad Goisern – kilkaset metrów od startu. Leje coraz bardziej. Nikt nie wychodzi z auta, wciąż komentujemy pogodę. Kiedy deszcz zaczyna się trochę przerzedzać wychodzimy z samochodu i zbieramy się na start. Nastroje mamy kiepskie – obawa przed dystansem i jeszcze ta aura.

Nagle dostaję „głupawki” – zaczynam krzyczeć, że to właśnie ma tak wyglądać – że musimy wyjechać na pierwszą górę, a potem już będzie tylko słońce i nie zobaczą go Ci, którzy na nią nie wyjadą, więc trzeba zbierać siły i szybko na tę górę wyjechać. Tak naprawdę użyłem zdecydowanie innych słów, które niespecjalnie wypada cytować, ale sens był mniej więcej taki ;)

Pozytywne myślenie

Stoimy w końcówce kolumny zawodników na starcie około 10 minut. Pada delikatny deszcz, chmury są nieco mniej ponure. Przez te kilka minut, co chwilę siąkam nos – widzę zdziwione spojrzenie jakiegoś zawodnika.

Będzie, co ma być. Najważniejsza jest pierwsza góra. Potem wszystko będzie jasne. Nie pozwalam, żeby opuściło mnie pozytywne myślenie – nawet, jeśli to głupawka. Powtarzam sobie, że to jest moment, na który tak długo czekałem i o którym myślałem od niemal roku. Największy z maratonów, w których startowałem, a przecież każdy z nich dał mi tyle radości. Wiem, że będę się ścigał dopóki wiek/zdrowie pozwoli mi siedzieć na rowerze. Rozglądam się wokół na zgromadzonych kibiców, na tą masę ludzi stojących nieraz z małymi dziećmi na deszczu czekających jak wystartujemy.

Start

Zaraz przed startem słychać muzykę, którą pamiętam z trailera. Wsłuchuję się w nią. W końcu ruszamy. Na początku powoli, ruszyło w końcu niemal tysiąc zawodników a jesteśmy w uliczce w centrum miasteczka. Kibice klaszczą, krzyczą, dzwonią dzwonkami – które przypominają te wiszące na szyi krowy z reklam czekolady Milka. Jestem zaskoczony ich entuzjazmem oraz euforią, z jaką kibicują. Czuję jakbym pedałował w zwolnionym tempie a ten doping pchał mnie do przodu niczym wiatr w niewidoczny żagiel nad moim rowerem.

Pierwszy podjazd

Wyjeżdżamy z miasteczka, a wzdłuż trasy co chwilę mijamy kolejnych kibiców. Po chwili podjazdu czuję, że wcale nie pedałuję w zwolnionym tempie, ale moc mnie nie opuszcza, nie zmieniając tempa wyprzedzam kolejnych zawodników. Po kilkunastu minutach widzę przed sobą wyprzedzającego z lewej Zbyszka. Jestem zaskoczony, bo po wynikach polskich maratonów wiem, że ma świetne czasy (ostatni maraton w Istebnej na którym Go poznałem przejechał na 3 pozycji w M4). Wyprzedzam po przeciwnej stronie co Zbyszek – z lewej strony asfaltowej drogi.

W pewnym momencie udaje mi się podjechać bliżej Zbyszka i mówię „Cześć”. W odpowiedzi widzę zaskoczony wyraz twarzy i pytanie: „Co ty tu robisz??!!”. Satysfakcja tak ogromna, że czuję kolejny przypływ mocy. Już niedługo gubię kolor kurtki Zbyszka z oczu, ale cały czas nie przestaję walczyć z podjazdem i staram się wyprzedzać kolejnych zawodników. Staram się być skupiony, co kilka minut malutki łyczek wody z bukłaka, równe tempo, bez niepotrzebnych zmian biegów.

Asfalt zamienia się w szuter, szuter po chwili staje się kamienistym podjazdem. Kamienistym, ale to drobne kamienie i podjazd nie jest bardzo stromy. Austriacy jak na zawołanie zatrzymują się i zaczynają prowadzić rowery. Próbuję po angielsku prosić o przejazd i w ten sposób wyprzedzam kolejnych kilkanaście osób, jednak droga staje się zbyt wąska i w końcu również schodzę z roweru. Chyba w tym momencie pierwszy raz świadomie zaplanowałem, co zmienię za rok – wystartuję bliżej czoła maratonu – żeby tracić czasu w dreptanie z rowerami po kamieniach, które na maratonach G. Golonki podjedzie niemal każdy zawodnik.

Zaczyna padać deszcz. Podjazd jest już na tyle męczący, że ten deszcz właściwie nie przeszkadza, przyjemnie chłodzi, a dzięki nowej kurtce zupełnie nie czuję go na skórze. Znowu jedziemy szutrem, deszcz jest coraz bardziej rzęsisty. Niektórzy przez ten deszcz się zatrzymują – zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Przestaje padać niedługo przed szczytem. Wyciągam pierwszy żel – choć nie widzę żeby ktokolwiek robił to samo, wiem, że sporo się już napracowałem, minęła prawie godzina podjazdu. Ostatnie 10 minut boli, ale wiem, że już niedługo szczyt.

Pierwszy zjazd i upadek

Pierwszy zjazd

W końcu zaczyna się zjazd. Trochę ponad godzinę od rozpoczęcia maratonu. Dokładnie taki jak słyszałem przed przyjazdem w to miejsce – szeroki, kręty i długi szuter. Staram się jak najwięcej odpocząć, jadę nie rozwijając dużej prędkości, mokre hamulce piszczą przeraźliwie.

Wyprzedzam 2 lub 3 osoby, a po chwili zaczyna mnie wyprzedzać kilka osób. Jak tylko przychodzi mi do głowy myśl o przyśpieszeniu – widzę jak jednemu z wyprzedzających mnie zawodników ucieka przednie koło na zakręcie. Szczęśliwie zapanował nad rowerem, ale ja już wiem, że moje tempo jest odpowiednie.

Przejeżdżamy przez miejsce widoczne na plakatach reklamujących ten maraton – wydrążony w skale tunel, odkryty po jednej stronie. Po lewej za krawędzią w dole chmury, przejeżdżamy też przez zupełnie zamknięty fragment tunelu – w którym właściwie nic nie widać, nagle lampa aparatu rozbłyska oślepiając i pokazując jednocześnie, w którą stronę się kierować.

Na 20 kilometrze pierwszy bufet – wiele namiotów po jednej i drugiej stronie; bardzo wielu zawodników – przynajmniej 20-25. Mijam wszystkie stojące osoby, od stojącej pod koniec kolumny Pani odbieram w biegu banana i jadę dalej nie zatrzymując się – na plecach czuję jeszcze ciężar sporej ilości wody w bukłaku.

Zjeżdżając przez las znowu udaje mi się wyprzedzić trochę osób – ścieżka jest szeroka, a kamienie niewielkie.

Bardziej strome agrafki i większe kamienie powodują, że trochę zwalniam i uważnie szukam bezpiecznej ścieżki – jadąc raz chwilę po lewej, raz po prawej stronie. Nagle słyszę, że ktoś krzyczy coś za mną po austriacku. Domyślam się, że chce przejechać – ale przecież może to zrobić, bo nie jadę cały czas slalomem. Odkrzykuję po angielsku pytając, z której strony, a on cały czas pokrzykuje coś w niezrozumiałym dla mnie języku. W końcu słyszę go zaraz za prawym uchem, więc odbijam kierownicą w lewo, koło blokuje się na jakimś korzeniu lecę przez kierownicę na kamienie. Mija mnie grupka zawodników, powoli podnoszę się – czuję ból lewej nogi. Wstaję – cały czas pieczenie, ale noga działa. Wsiadam na rower i zjeżdżam dalej – powolutku, zbyt asekuracyjnie. Staram się nie myśleć o bólu i przestać się zbyt bać, bo wiem, że w ten sposób najszybciej znowu wyląduję na ziemi.

Pierwsza góra za mną

Schody w Bad Goisern

W końcu zjazd się kończy – zbliżamy się do miasteczka, w którym startowaliśmy – ale od innej strony. Przejazd przez mostek, a za nim ostry skręt w lewo i… schody – za późno na zastanawianie się czy zejść z roweru, bo przednie koło już zsuwa się na pierwszy stopień – szybko i bezpiecznie zjeżdżam.

Mijam kolejny bufet, na którym również się nie zatrzymuję. Punkt kontrolny, na którym poza kilkudziesięcioma kibicami słychać speakera przez głośniki – kiedy podjeżdżam słyszę, że wymienia moje nazwisko – dodaje po nim: „POLAND”, zgromadzeni ludzie głośno kibicują. Śmieję się do mijanych osób- znowu czuję jak wraca energia.

Po kilku chwilach przy drodze widzę Zbyszka stojącego obok roweru. Chowa kurtkę do plecaka; omijam go krzycząc coś i widzę minę jeszcze bardziej zaskoczoną niż na pierwszym podjeździe. Po kilku minutach Zbyszek dogania mnie i razem pokonujemy raczej płaski, ok. 20km odcinek. Jedziemy równym, szybkim tempem wyprzedzając kilkanaście osób. Bufet w miejscowości Obertraun w której mamy nocleg. Zatrzymuję się, uzupełniam napój w bukłaku – jestem zaskoczony wyborem ciasteczek, owoców, a nawet kiełbasek. Szczypią mnie oczy od błota, które dostało się pod okulary, dlatego proszę obsługę o polanie ich wodą. Wszyscy uwijają się, w trakcie płukania oczu ktoś zabiera i czyści mi okulary, zaraz czuję ręcznik na twarzy. Mogę jechać dalej.

Później okazuje się, że było to miejsce (ok. 52 km), na którym miałem najlepszą pozycję – 339 miejsce w Open. Kolejna część maratonu to systematyczna jej utrata.

Hallstatt Hell Climb

Dojeżdżamy do malowniczego miasteczka Hallstatt, nad którym góruje szczyt, na który można wyjechać kolejką. Stromą kolejką. Okazuje się, że na prawo od niej wije się droga – równie strona droga – po której niektórzy nawet są w stanie wyjechać na rowerze. Przed przyszłorocznym startem będzie trzeba bardziej popracować nad siłą. Bardzo szybko znika mi z oczu Zbyszek, jadę kilka zakrętów i muszę zatrzymać się na kilka sekund. Potem fragmentami prowadzę rower, a blisko samego szczytu nachylenie jest tak duże, że nawet prowadzenie roweru sprawia mi problem, nogi ślizgają się po betonowej ścieżce.

W końcu szybki zjazd, szybka regeneracja na bufecie, uzupełnienie napoju w bukłaku i zaczyna się 8 kilometrowy podjazd na najwyższy (ok. 1500m), ale już nie tak bardzo stromy szczyt. Kręcę już ponad 4 godziny, najbardziej dał się we znaki stromy „killer” od Hallstatt – próbuję oszczędzać siły. Pojawia się słońce i zatrzymuję się pod pretekstem ściągnięcia kurtki. Już po kilku minutach czuję, że to nie był dobry pomysł – temperatura poniżej 10 stopni, najlżejszy powiew wiatru przeszywa całe plecy. Zatrzymuję się i ponownie zakładam kurtkę zastanawiając się, co bym zrobił gdybym jej nie kupił przed wyjazdem.

Znowu długie kręte, szutrowe zjazdy, muszę uważać bardziej niż wcześniej – zmęczenie powoduje, że muszę być bardziej skupiony na zakrętach. Na przedostatnim bufecie maratonu – przed ostatnim podjazdem zatrzymuję się dłużej na bufecie. Chwilę wcześniej spotykam Zbyszka, czekam aż zmieni klocki hamulcowe, próbuję nabrać jak najwięcej sił, zjadam trochę owoców. Zapominam jednak o najważniejszym – napełnieniu bukłaka.

Do mety pozostało niemal 40km. Dla mnie wyścig trwa już 6 i pół godziny.

Ostatnie 30km cały czas z góry

Na ostatnim dużym podjeździe powtarzam sobie, że jak tylko go pokonam – to już do mety będzie tylko z góry. Zbyszek bardzo szybko znika mi z oczu, próbuję utrzymać równe tempo, ale to przypomina już tylko walkę z samym sobą i swoim zmęczeniem; nie ma miejsca na jakiekolwiek tempo. W połowie podjazdu przypominam sobie o żelu; to przedostatni z zapasów w tylnej kieszonce. Wreszcie szczyt, a zaraz po nim zjazd. Staram się na nim jak najwięcej odpocząć jednocześnie nie jadąc zbyt szybko – w końcu do mety już cały czas z góry…

Dojeżdżam na ostatni bufet na trasie – niecałe 20 km od mety, chwilę wcześniej udaje mi się wyprzedzić na płaskim, asfaltowym odcinku kilka osób. Rozglądam się za Zbyszkiem, ale nigdzie go nie widzę. Mocny doping zebranych ludzi dodaje mi sił i mocniej naciskam na pedały nie zabierając z sobą nic do jedzenia. Może jeszcze uda mi się Go dogonić – wjedziemy razem na metę.

Po kilkunastu minutach – kiedy kończy mi się woda – uświadamiam sobie, że popełniłem błąd nie zatrzymując się, choć by po to by uzupełnić bukłak. Jestem wyczerpany, a te ostatni odcinek „cały czas z góry” okazuje się przereklamowany.

Odcięcie

Ostatnie kilkanaście kilometrów dłuży mi się nieprawdopodobnie. Jadąc asfaltem udaje mi się jakoś rozpędzić rower. Nie rozglądam się nigdzie, koncentruję się tylko żeby jechać przed siebie i kręcić pedałami. W myślach powtarzam sobie słyszane wiele razy od Krzyśka na treningach Spinning; „pociągnij – naciśnij – pociągnij – naciśnij”. Najgorzej jest, kiedy pojawia się jakiekolwiek wzniesienie. Kiedy mięśnie nóg napotykają na opór, a rower wytraca prędkość, na którą tak mocno zapracowałem – zmieniam bieg na najniższy i staram się tylko nie zatrzymać, powoli przesuwać się do przodu. Kusi mnie żeby zjeść ostatni żel energetyczny, który mam z sobą, ale rozsądek podpowiada, że mając tak suche usta i ani kropli wody w bukłaku – to może się źle skończyć.

Mija mnie wielu zawodników. Wyglądam przed sobą tabliczek oznajmiających ostatnie kilometry, a zamiast tego, co chwilę kolejny podjazd. Niewielki, ale w tym momencie morderczy.

Pociągnij – naciśnij – pociągnij – naciśnij…

Zatrzymuję się i przeprowadzam rower kawałek pieszo. Nie wiem już teraz jak długo. Jestem wściekły widząc, z jaką prędkością mijają mnie kolejni zawodnicy. Kiedy zaczyna się lekki podjazd wsiadam na rower i powoli rozpędzam pedały. Kilka tygodni temu tłumaczyłem komuś pierwszy raz startującemu na maratonie w Myślenicach, czym jest „odcięcie” i dlaczego trzeba regularnie dawać energię mięśniom i nie zapominać o nawodnieniu. Jak to jasnej cholery mogłem nie zatrzymać się na ostatnim bufecie?!?

8:21:22

W końcu pojawiają się zabudowania Bad Goisern. Kibice, do których nie mam już siły się nawet uśmiechnąć. Wiem jednak, że to już blisko. Ta świadomość pozwala mi przyśpieszyć i wjechać na metę rozpędzonym. Zatrzymuję się i schodzę z roweru. Znajduję miejsce gdzie mogę usiąść. Podchodzi Zbyszek, który ukończył maraton 6 minut wcześniej. Wymieniamy kilka zdań, po kilku minutach chwiejąc się wstaję na nogi, idę napić się wody i zjeść kilka cytrusów. Chwilę później siedzimy na chodniku i jemy makaron.

Maraton Salzkammergut Trophy ukończyłem w 8 godzin 21 minut 22 sekundy. To dało mi 458 pozycję (na blisko 1000 startujących), 175 w kategorii M3, 10 wśród Polaków (27 startujących). Wynik może niepowalający, ale dla mnie olbrzymia satysfakcja.

Podsumowanie

Przed startem obawiałem się czy pokonam pierwszą górę, czy zmieszczę się w limitach czasowych. Udział w tym maratonie to jednak przede wszystkim fantastyczna przygoda i pokonanie własnych ograniczeń. Świetna organizacja, połączona z olbrzymim zaangażowaniem lokalnej społeczności budowała nieprawdopodobny klimat. Rewelacyjne oznakowanie trasy, bogaty wybór na bufetach, profesjonalna obsługa, a wokół okoliczni mieszkańcy, – którzy są częścią tego wydarzenia dopingując z entuzjazmem – o który, jeśli mam być szczery nie podejrzewałem Austriaków. Od młodzieży, która poprzebierana na trasie entuzjastycznie krzyczy i proponuje piwo, po brodatego dziadka, który wysoko z górach siedzi obok pasących się krów i ubrany w regionalny strój gra na harmonii.

Polecam udział w tej imprezie wszystkim pasjonatom ścigania w MTB. Z pewnością się nie zawiedziecie!

Mam nadzieję, że nic nie przeszkodzi mi w wyjeździe na Salzkammergut Trophy 2015. Podczas tegorocznego startu sporo się nauczyłem na temat ścigania na rowerze górskim, swojej wytrzymałości, pokonywaniu chwil słabości. Mam nadzieję zapamiętać wnioski, a za rok wystartować w Salzkammergut bogatszy o doświadczenia i (oby) lepszą kondycję. Ścigając się w Polsce będę też częściej myślał o dłuższych dystansach.

drukuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *