Cyklokarpaty Wierchomla – jak to jest być ostatnim

Jakiś czas temu córka spytała mnie czy wygrałem na wyścigu, na którym jechałem dzień wcześniej. Odpowiedziałem, że… prawie ale nie zawsze udaje się wygrać i najważniejsze jest żeby ćwiczyć i mieć coraz lepsze wyniki. Przez 2 minuty wydawała się zastanawiać nad tym co powiedziałem i w końcu stwierdziła: „Tato musisz więcej ćwiczyć. Ja bardzo lubię jak ty wygrywasz„.

Jak mam Zuzi wytłumaczyć, że właśnie przejechałem maraton na którym byłem OSTATNI? Argumenty, że było ciężko, wybrałem najdłuższy dystans, czy że ukończyło go tylko 36 osób chyba jej nie przekonają. Na szczęście na razie nie pyta, który zajechałem – muszę jednak zapracować na lepszą formę na przyszły sezon 🙂

Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Forma raczej słaba – we wrześniu sporo pracy, kompletny brak roweru. Miejsce za to ciekawe – choć nigdy nie byłem w Wierchomli, to okoliczne góry bardzo lubię i często z Piwnicznej lub Muszyny eksplorowałem je na góralu.

To mój pierwszy start w cyklu Cyklokarpaty – wielokrotnie słyszałem o nim same pozytywne opinie i wszystkie się potwierdziły. Świetna organizacja, wszystko miło i sympatycznie. Wygodny panel administracyjny, w którym mogłem dzień wcześniej zamówić nawet pakiet żelów – wiedząc, że nie zdążę do sklepu. Odebrałem wszystko rano w dzień startu razem z numerem startowym. No i przede wszystkim świetna i perfekcyjnie oznaczona trasa – nie sposób się zgubić.

Koniec sezonu, a do tego rodzinny wyjazd na cały weekend, więc jeszcze miesiąc temu (kiedy forma było znacznie lepsza) zapisałem się na dystans GIGA. 67 km i ponad 2700 m przewyższeń (wg mojego Garmina)

Dzień startu. Przygotowując rower; wyspany, po dobrym śniadaniu – zadzwoniłem do kolegi z teamu – Sławka żeby spytać czy będzie startował.
– „Nie. Odpuściłem i jadę na Turbacz; strasznie mnie w zeszłym roku to MEGA w Wierchomli zmęczyło i nie mam siły w tym roku tego jechać”.
– „Aha… bo ja właściwie zapisałem się na GIGA i od miesiąca nie jeździłem na rowerze…”
– „Na GIGA?!?! Hmmm… powodzenia Tomek”

Skupiłem się jeszcze bardziej na dokładnym wyczyszczeniu linek i wyregulowaniu przerzutek. Kwadrans przed startem mocna kawa czekam w sektorze na start.

Zaczyna się pierwszy podjazd. Cała trasa to zresztą 4 dłuższe i 2 krótsze podjazdy. W większości szutrowe lub na bardziej stromych odcinkach betonowe ażurowe płyty. Dokładnie taka trasa jak lubię – trzeba rozkładać siły i walczyć z długimi podjazdami. Pierwsze kilometry bolą i dłużą mi się nieprawdopodobnie. Wychodzi od razu brak treningów. Mam jednak nadzieję, że się rozjeżdżę i dalej będzie lepiej. Czekam na szybki zjazd na którym trochę odpocznę, ale okazuje się, że w dół jest kamieniście i mocno technicznie. Jak zresztą KAŻDY kolejny zjazd; im dalej tym bardziej bolą mnie ręce i trudno mi hamować.

Druga góra już lepiej, trzymam równe ale bezpieczne tempo pamiętając, że przede mną długa trasa. Zjazd również lepszy, kusi żeby jechać znacznie szybciej i wyprzedzać więcej osób ale rozsądek (przerwa w jeżdżeniu) studzi ten zapał. W końcu po 4 godzinach docieram do rozjazdu MEGA-GIGA. Jestem już mocno zmęczony i właściwe mam cichą nadzieję, że dowiem się, że przekroczyłem limit czasu wjazdu na pętlę GIGA. Obsługa bufetu przy rozjeździe z uśmiechem oznajmia mi, że nie ma żadnego limitu, zachęca żebym jechał – mam jeszcze 2 godziny do zamknięcia mety. Ratownicy posługują się nawet argumentem;
– „W razie czego jak nie dasz rady to usiądź gdzieś i poczekaj, będziemy zamykać maraton to Cię zgarniemy”.

Dochodzę do wniosku, że przyjechałem tu ukończyć GIGA, jest piękna pogoda, a do Krakowa wracamy dopiero następnego dnia więc bez sensu byłoby zjechać teraz z trasy.

Te 20km  pętla to odcinek, który już wcześniej jechałem – przynajmniej podjazd. Bardzo szybko zaczyna doskwierać mi samotność. Kiedy inni zawodnicy jadą obok ciebie, wyprzedzasz ich albo nawet oni cię wyprzedzają; albo po prostu ciągniesz się za nimi – to pomaga w jeździe, działa dobrze na psychikę, czas mija szybko. Kiedy masz przed sobą 2h samotnej jazdy (domyślałem się, że jestem ostatni), będąc zmęczony po przejechanych 50km – każdy podjazd dłuży się niemiłosiernie, kryzysy dopadają szybciej, rośnie zmęczenie.

W końcu zaczyna się ostatni zjazd. Godzina 16:30, więc jeśli nie przydarzy się jakiś upadek  czy problem ze sprzętem – powinienem dojechać przed zamknięciem mety. Okazuje się, że ten fragment prowadzi przez bike park z pomostami i „hopkami”. Pewnie 5 godzin wcześniej ucieszyłbym się z takiej atrakcji, ale teraz staram się wyszukiwać bezpieczne ścieżki gdzieś z boku. Wywrotka na samym końcu zabrałaby sporo radości z tego dnia. Wpadam na metę z czasem 5:53:07. Ostatni – 36 w Open, 17 w kategorii M3.To był świetny, męczący wyścig – idealny na zakończenie sezonu. Teraz moż na zacząć już planować kolejny (przynajmniej w tej niezaplanowanej jeszcze części, bo na kilka startów jestem już zarejestrowany) i namawiać chłopaków z XBOX Bike Team, żeby zamiast świętokrzyskiego błota wybrać na 2018 rok Cyklokarpaty.

No i trzymać kciuki, że Zuzia nie spyta czy w Wierchomli wygrałem wyścig.

Opis maratonu
http://cyklokarpaty.pl/wierchomla

Wyniki
https://system.timedo.pl/pl/publiczny/wyniki/248/k/3648/kategoria

drukuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.